„Zarzućcie sieci...” w „Sieci” (?) Duszpasterz w Internecie.

Drukuj PDF
User Rating: / 2
PoorBest 

Swego czasu na łamach gazety „Metro” rozpętała się dyskusja na temat obecności księży w Internecie. Zwykła to kolej rzeczy – nie należy się dziwić, iż temat się pojawił. I głosy najróżniejsze. Nie zabrakło rzecz jasna takich, co to wszędzie gdzie tylko mogą wieszają psy na wszystkim, co z księdzem związane. Od „oni się wszędzie pchają” po „zlikwidować tę mafię” sugerowały maile wysyłane do redakcji. Były jednakowoż i takie, które dostrzegały pozytywny aspekt obecności duszpasterza w Internecie, zwracając uwagę na to, iż skoro popularny „net” jest dzisiaj jednym z podstawowych środków przekazu informacji i kontaktu interpersonalnego, to nie może przecież zabraknąć w nim i tych, którzy wykorzystują każdy sposób, żeby głosić Słowo Boże. Jakkolwiek bądź zagadnienie – bo nie „problem” przecież – istnieje i warto się nad nim zatrzymać. Czy po dwóch tysiącach lat od chwil, w których rybacy usłyszeli od Jezusa: „zarzućcie sieci”, ich kontynuatorzy pośród wielu różnych przestrzeni połowu dusz powinni docenić i tę, którą określa się popularnie jako „cyberprzestrzeń”?

Czy w „Sieci”, czyli Internecie, da się „zarzucić sieci”? A jeśli tak – to w jaki sposób?
Odpowiedź na pierwsze z pytań raczej nie powinna budzić wątpliwości. Duszpasterze są obecni w Internecie i nie można tego zbagatelizować, skoro jasnym i konkretnym jest stanowisko Kościoła wobec Internetu w ogóle. „Nowy świat cyberprzestrzeni pobudza Kościół do uczestnictwa w tej wspaniałej przygodzie” – napisał Jan Paweł II w orędziu na XXXVI Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu „Internet: nowe forum głoszenia Ewangelii”. Świat obiegło jego zdjęcie z 2001 roku, kiedy to wysłał on drogą elektroniczną pierwszy dokument - prośbę o przebaczenie do australijskich Aborygenów. Podobno 62 % Amerykanów (czyli ok. 82 mln ludzi) – jak stwierdził w jednym z numerów „Przeglądu Powszechnego” Bartosz Wieczorek - korzysta z sieci,  szukając stron i wiadomości związanych z religią.  Z całą pewnością w Polsce nie jest inaczej. W tej sytuacji nieobecność duszpasterzy w sieci WWW byłaby z pewnością poważnym zaniedbaniem.
Pozostaje jednakowoż pytanie drugie i jego pochodne: jak powinna wyglądać ta obecność duchownego w Internecie? Jakimi kryteriami powinni kierować się księża wykorzystujący ten środek przekazu? Czego powinni się wystrzegać? Czy należałoby stworzyć jakieś wytyczne, spisać prawo, które by ich obowiązywało? Odpowiadając na te pytania nie należy ograniczać się jedynie do stron internetowych: tworzonych lub współtworzonych przez księży. To zawężenie spłyciłoby problem i spowodować by mogło poczucie łatwego sukcesu w ogarnięciu problematyki, choćby właśnie poprzez stworzenie jakichś regulacji prawnych, nakazujących na przykład zwrócenie się przez duchownego do ordynariusza z prośbą o wydanie zezwolenia na publikowanie własnej witryny. Temat z pewnością jest szerszy.

Więcej formacji. Mniej prawa.

Kościół dostrzega fakt koniecznej formacji głoszących Ewangelię do ich zaistnienia w cyberprzestrzeni. Na ten temat wypowiedziała się  Papieska Rada ds. Środków Społecznego Przekazu w swoim dokumencie „Kościół a Internet” z 22.02.2002. Zwrócono w nim uwagę, iż edukacja i kształcenie w tematyce Internetu powinny przynależeć do programu formacji seminarzystów, kapłanów, zakonników i świeckiego personelu duszpasterskiego, a także nauczycieli, rodziców i studentów. Formacja ta ściśle związana jest z obecnością osób duchownych na tym szczególnym forum jakim jest Internet i trudno wyobrazić sobie, iż zastąpią ją jakieś szczegółowe przepisy prawne. Choć „Normy Konferencji Episkopatu dotyczące występowania duchownych i osób zakonnych oraz przekazywania nauki chrześcijańskiej w audycjach radiowych i telewizyjnych” mogły zawierać odniesienie do tworzenia stron internetowych (i taki też projekt zaistniał – aby tworzenie i rozpowszechnianie witryn internetowych przez duchownych i osoby zakonne wymagał zgody ordynariusza miejsca z zachowaniem wymogu kanonu 300 KPK, co do stosowania przymiotnika „katolickie”), ostatecznie jednak nie znalazła się w nich wzmianka na ten temat. I słusznie. Nie sposób bowiem ograniczyć Internetu do WWW, czyli popularnych przeglądarek i internetowych stron. A ksiądz, nawet jeśli własnej strony nie posiada, ma tak szerokie spektrum możliwości pojawienia się i wystąpienia w „necie”, że żadne regulacje prawne poza ogólnymi wytycznymi, nie są w stanie objąć tego zagadnienia.
Przejdźmy jednakowoż do istoty sprawy: w jaki sposób ksiądz może się w Internecie wypowiedzieć, zaistnieć, co mu wolno, czego nie, co powinien a czego niech się wystrzega? Na początek faktycznie dobrze byłoby przyjrzeć się kwestii internetowych witryn.

Ksiądz – webmaster.

Nieobecność duszpasterzy w sieci WWW – jak zostało to już stwierdzone - byłaby zaniedbaniem. Ich obecność jednakowoż łączy się z konieczną dozą odpowiedzialności, a – przy jej braku - niestety i z różnorakimi niebezpieczeństwami. Najczęściej związanymi z zapomnieniem, iż ksiądz, publikując w Internecie, nie jest takim samym webmasterem, internautą, jak wszyscy inni. Konsekwencje braku rozwagi z jego strony z całą pewnością mogą być poważniejsze od skutków nieroztropności innych. Sięgnijmy po przykłady. Oto strona internetowa pewnego księdza dzielącego się swoim zamiłowaniem do Tradycji. Pomińmy fakt, iż obok kazań, przemyśleń (często niestety dość agresywnych w tonie) i życzeń pod adresem Ojca Świętego z okazji imienin, umieszczono link do podstrony traktującej o szczególnym zainteresowaniu autora, jakim jest hodowla pewnych zwierząt domowych. Niech będą zwierzątka. Obok tych wszystkich poważnych tematów. Jeśli jednakowoż tenże autor w jednej ze swoich refleksji opisuje szczegółowo konflikt, do jakiego doszło między nim i innymi księżmi (na jakim tle lepiej nie przytaczać i z użyciem słów, których przywoływać nie warto), to mimo wszystko po jej lekturze pozostaje głęboki niesmak. Zdaje się, że iż strona na szczęście dość szybko znikła, ale niesmak pozostał. „Wszyscy wierni, (...) winni pilnie pracować, by zachowując sprawiedliwość, na ile to możliwe, wykluczyć spory w Ludzie Bożym i jak najszybciej pokojowo je rozwiązywać” (kan. 1446 §1) – nie sposób więc zrozumieć czemu spór powstały między duchownymi musi być tak zamanifestowany, iż odnośnik do niego znajduje się na jednym z najpopularniejszych obecnie portali internetowych...  a ksiądz - autor inne swoje rozważanie konkluduje zdaniem, iż trzeba kończyć te refleksje, bo może „załapać suspensę”. Cui bono? W tym kontekście pojawia się również problem internetowego bloga.

Ksiądz – bloger.

Kim jest? Kimś, kto – idąc za popularną dzisiaj tendencją do spisywania swoich przeżyć i przemyśleń w postaci tzw. bloga – pisze internetowy pamiętnik. Nie można dziecka z kąpielą wylewać. Duchowe dzienniki znane są „od zawsze” i wychowały niejedno pokolenie wiernych.  Warto jednak zadać sobie pytanie: „po co to robię?”. I czy biorę odpowiedzialność za skutki treści przez mnie spisanych? Może jednak czasem lepiej pozostawić pewne myśli sobie samemu?
Na jednej z parafialnych stron znaleźć można odnośnik do „pamiętnika proboszcza”. Należałoby spodziewać się, że proboszcz jako powołany „do uczestnictwa w posłudze Chrystusa, ażeby dla wspólnoty wykonywał zadania nauczania, uświęcania i kierowania, przy współpracy także innych prezbiterów i diakonów oraz niosących pomoc wiernych świeckich, zgodnie z przepisami prawa” (kan. 519 KPK), podzieli się z parafianami i setkami innych, którzy odwiedzą jego „pamiętnik” swoim doświadczeniem wiary. Niestety. Między innymi pisze o jakimś kaznodziei,  który wygłosił w jego kościele fatalne kazanie, zebrał kolektę na budujący się kościół i „na szczęście” już wyjechał. Wszyscy wiedzą o kogo chodzi, skoro tego akurat dnia kazania wysłuchali. Może się nie podobać (de gustibus...), ale i budzić smutek. Od razu nasuwa się pytanie jak tamtejsi parafianie po raz kolejny usiądą w ławkach i wysłuchają kazania, które ich proboszcz „pozwala” wygłosić innemu jedynie z przymusu i wyraźnie z niezadowoleniem. Nie byłoby lepiej gdyby poprosił kaznodzieję do siebie i porozmawiał z nim? Czemu miały służyć te jego przemyślenia i to w takim tonie? Bo przecież bynajmniej „zachowaniu sprawiedliwości” i „unikaniu sporów”?
Tego typu refleksje na blogach nie służą dobremu, ale i są z pewnością kroplą dziegciu w beczce miodu. W Internecie można znaleźć wiele kapłańskich stron zrobionych nie tylko ze smakiem, ale przede wszystkim spełniających to podstawowe zadanie wiernych w ogóle, a duszpasterzy w szczególności, jakim jest głoszenie orędzia ewangelicznego.
Warto w tym miejscu powrócić do koncepcji wymagania zgody na publikację własnej strony internetowej przez duchownego. W świetle powyższych przykładów mogłaby się ona wydawać uzasadniona. Lepiej by było przecież, gdyby czytelnik nie wpadł na przytoczone zapiski kapłańskie. Niestety – sama istota Internetu przyczynia się do tego, iż prawo takie, jakkolwiek zapisane, byłoby prawem nieskutecznym. Nie dlatego że nie do wyegzekwowania per se. Możliwym wydaje się w końcu sprawdzenie, czy każdy ksiądz w diecezji, który ma swoją stronę internetową, opublikował ją po uzyskaniu na to zgody. Problem polega na tym, że niemożliwym byłoby osiągnięcie celu jaki w zamyśle prawodawcy się pojawia. Strona internetowa niekoniecznie przecież stanowi jedyną formę zaistnienia w Internecie.

Gadu – Gadu z księdzem.

W dobie popularności komunikatorów internetowych wielu duchownych korzysta z ich dobrodziejstw. Kontaktuje się z uczniami poprzez tzw. Gadu-Gadu, czy popularnego Skype’a. Nie trzeba zatem mieć własnej strony internetowej, żeby obwieścić światu aktualny pogląd na świat. Przyjmijmy dla przykładu pogląd dość skrajny. „Nie lubię pani dyrektor”. Wystarczy to wpisać w swój „status dostępności” jako tzw. „opis”. Rezultat? O wiele większa skuteczność przekonywania, niż gdyby napis ten pojawił się na największym nawet bannerze reklamowym internetowej witryny. Wszyscy mający takiego księdza w swoich „kontaktach” dowiedzą się o braku sympatii duszpasterza wyrażonym w krótkim opisie i zapadnie im to w pamięć o wiele skuteczniej. Oczywiście odmienną sprawą pozostaje, że ksiądz może mieć swoje sympatie i antypatie, ale czy wypada, by wołał o tym „urbi et orbi”? I o wielu innych rzeczach także? Przy czym również tak, jak i przy poprzedniej kwestii nie sposób pominąć dobroczynne elementy takiego komunikatora. Są tacy katecheci, których opis statusu jest najczęściej skierowany do konkretnej grupy duszpasterskiej i stanowi... zachętę do medytacji Liturgii Słowa danego dnia. By jednak zakończyć kwestię wymagania pozwoleń na publikację w Internecie – w tym kontekście sprawa jest już o wiele bardziej skomplikowana: czy nakazanie wniesienia prośby o możliwość korzystania z komunikatora jest w ogóle możliwe? Jest. Tylko naprawdę niewykonalne. I prowadzące do efektu błędnego koła w poszukiwaniu coraz to kolejnych środków zaradczych na brak zdrowego rozsądku i duszpasterskiej rozwagi. Czyli nieskuteczne.

Uczciwie korzystać.

Skuteczność prawa w przestrzeni internetowej jest w rzeczy samej problemem. Tworzący je powinni mieć to na uwadze. Okazuje się bowiem – jak twierdzą autorzy jednego najprostszych i najbardziej podstawowych podręczników webmastera: Frankowski i Szumański, że gdzieś u początków Internetu „brak jakiejkolwiek władzy, która by nim zarządzała, a zwłaszcza brak jakiejkolwiek formalnej regulacji normatywnie określającej kierunki jego rozwoju – był nawet traktowany jako swoisty manifest ideowy”. Tę tezę autorzy umieszczają w kontekście praw autorskich. Rzecz jasna nie da się pominąć i tego problemu omawiając kwestię obecności duszpasterzy w Internecie.
Kilka miesięcy temu pojawił się na jakimś internetowym portalu news z gatunku krzyczących. Tytuł był jednoznaczny: „księża kradną.” Autor pewnie naliczył się wielu kliknięć w tak „chodliwy” link. Rozpętała się dyskusja. Niekoniecznie na temat. Ale przy okazji. Przy czym artykuł traktował o tym, iż kaznodzieje ściągają kazania z Internetu – jeden od drugiego – tym samym łamiąc prawa autorskie, gdyż wygłaszają je jako swoje.
O tym, iż sam proceder istnieje pewnie nie trzeba nikogo przekonywać. Są tacy słuchacze, którzy po wyjściu z kościoła licytują się z jakiego portalu, bądź jakiej witryny, kazanie zostało ściągnięte. „Ściąganie” jest naganne. Przede wszystkim dlatego, że nie najlepszym przykładem głoszenia żywego Słowa jest odczytanie z kartki słów kogoś innego. Z drugiej jednak strony istnieją periodyki zawierające homilie wzorcowe, podane jak na talerzu celem konsumpcji. Czy to źle? Bynajmniej. Zależy tylko, czy serwując je innym, dokona się jedynie odgrzania dania, czy też karmi się słuchacza świeżym i przygotowanym przez siebie – na bazie doświadczenia innych – posiłkiem. A współpraca w dziele głoszenia dokonuje się przecież i na tej płaszczyźnie – podzielenia się swoją refleksją odnośnie do Bożego Słowa.

Who is who w Internecie, czyli o domenach.

Interesującym jest problem „kto jest kim” w Internecie. Chodzi o konkretne nazwanie miejsca oferowanych przez siebie treści, czyli tzw. domeny internetowe. Dziś nie trzeba już nikogo chyba pouczać, że aby po pierwszym spotkaniu dowiedzieć się więcej o poznanym właśnie Janie Kowalskim, najlepszym sposobem zdobycia informacji jest wystukanie w oknie przeglądarki internetowej adresu „www.jankowalski.pl.” W większości przypadków działa. Te z końcówką pl. nazwane są krajową domeną najwyższego poziomu. Jeśli więc jest w kraju coś (ktoś), co (kogo) można utożsamić z „X”, to logicznym wydaje się, iż jego miejsce w Internecie nazywa się x.pl. Sama intuicja tak podpowiada. Szukający informacji w wyszukiwarce internetowej na temat „iksa” trafi najprawdopodobniej od razu na konkretny adres. Niestety – pewna dowolność rejestracji internetowych domen powoduje możliwość chaosu, lub też dość kontrowersyjnego sposobu zarabiania. Dziś można wykupić domenę za grosze. Jeśli ktoś kupi tę „iksa”, a on stanie się właścicielem największej w kraju firmy i będzie mu zależało na posiadaniu domeny określonej jego nazwą, pewnie zacznie się licytacja, do jakiej kwoty wygórować można cenę, za którą odkupi on swoje „iks”. Nie to jeszcze jest najgorsze. Jeśli bowiem ktoś nie polubi „iksa” i zależeć mu będzie na zrobieniu „iksowi” nienajlepszej opinii... zrobi sobie, a raczej jemu, stronę internetową, na której zamieści cokolwiek. Swego czasu pojawiła się w Internecie strona, której adres jednoznacznie wskazywał na pewną katolicką instytucję. Po kliknięciu wchodzący stawał wobec strony z materiałami pornograficznymi. Trudno to komentować, właściwie nie ma czego, poza wyrażeniem smutku z powodu takich zachowań. A komentarz na niewiele się zda, bo jak można sobie wyobrazić, by podmioty zainteresowane (zarówno osoby fizyczne, jak i prawne) zdołały zarezerwować wszystkie nazwy wiążące się w jakikolwiek sposób z nimi, bądź ich działalnością? Wiele domen jednoznacznie kierujących zainteresowanie na działalność Kościoła jest już zagospodarowanych – „kosciol.pl.”, „diecezja.pl” (dla ciekawości – strona główna archidiecezji krakowskiej), katolik.pl. Ale odruch pewnej troski pozostaje.

Zaufanie i realizm w „zarzucaniu sieci w sieci”.

W cytowanym już wyżej orędziu Jan Paweł II zauważa: „Kościół podchodzi do tego nowego środka międzyludzkiej komunikacji z realizmem i zaufaniem. Internet, podobnie jak inne narzędzia komunikacji, jest środkiem, a nie celem samym w sobie. Może on stworzyć doskonałe warunki do prowadzenia ewangelizacji, pod warunkiem, że będziemy zeń korzystać w sposób kompetentny, z pełną świadomością jego zalet i wad.” Nie wydaje się by można było bardziej dosadnie wskazać właściwą postawę duszpasterza, który staje wobec tego nowego „środka międzyludzkiej komunikacji”. Nie warto i nie wolno go odrzucić, skoro jest współczesnym „forum”. Trzeba wykazać się odpowiednim zaufaniem. Ale i realizm jest tu konieczny. Realne, czyli rzeczywiste przeświadczenie o tym, iż powołanie kapłańskie wyróżnia obdarowanego we wspólnocie, w której żyje i nakłada nań specyficzne zobowiązania. A to oznacza, iż nawet wśród milionów internautów, pozostaje wciąż tożsamy z Chrystusem, choćby i (względnie) anonimowy. Papież określa dalej Internet jako galaktykę – obrazów i dźwięków, pytając przy tym czy wyłoni się z tej galaktyki twarz Chrystusa, a Jego głos będzie słyszalny. Oby każdy z tych, którzy usłyszeli głos „zarzućcie sieci”, zarzucając je „w Sieci”, czyli w Internecie, pojął, jak wielką odpowiedzialnością został obarczony. I jak wiele dobra może zdziałać.

ks. Adam Pawlaszczyk

 

Tablica informacyjna

chce powiedziec, ze...


ius est ars aequi et boni...
a tak poza tym to prosze o niewysylanie spamu na moj adres

Visitors Counter

1678
TodayToday6
YesterdayYesterday20
This WeekThis Week131
This MonthThis Month92
All DaysAll Days1678